Święta to czas refleksji i przemyśleń. Zadumy nad sobą... ale jak dobrze wiecie, refleksje i przemyślenia mam głęboko w dupie.
Postanowiłem zrobić sobie wieczorny spacer. Tak dla siebie, aby wreszcie mój kręgosłup odpoczął po godzinach siekania na konsoli. No i dla coli, bo naszła mnie straszna ochota (Żabki, kurwa, zamknięte, musiałem drałować na koniec osiedla. Była też i czekolada. I baton mars)
Ale ja nie o tym.
Przechodząc zerknąłem w okno, gdzie mieszka Kaśka. Światło było zgaszone, przy ramie okiennej świeciły się lampki i zwisała badziewna girlanda. Widziałem, jak wychodziła z klatki - razem ze swoim dwudziesto-już-kilkuletnim synem, któremu pewnie do dziś sprząta pokój i ścieli łóżko, oraz ze swoim facetem. Przytyła może trochę, ale tak troszeczkę - dalej wygląda jak suchy patyk.
Chciałem podejść i się przywitać. Naprawdę. Otwierała już drzwi do samochodu i wtedy pomyślałem, że jeśli mam zdążyć, to muszę podbiec.
I wtedy odezwał się mój drugi głos, którego tak dobrze znacie z książki...
"Karol, miej wyjebane" - powiedział.
I miałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz